piątek, 20 stycznia 2012

HONEY Sabotaż

scen: Honey / Lewicka reż. Lewicka zdjęcia Grymuza operator Phantom: Kamil Płocki, producent Ness Production;
make-up Anna Guralska;  styling DirtyFingers

Dziś premiera w necie teledysku "Sabotaż". Dużymi literami mogę napisać WRESZCIE, choć to niezupełnie koniec tego projektu. Co się działo za kulisami, można podejrzeć w niektórych making-ofach. Wrodzony takt i dyskrecja (roftl) nie pozwala mi za dużo napisać; ale odczuwam wielką radość z faktu, że człowiek uczy się przez całe życie, i że "przecież nie mieszkamy w Kaliforni".

Ten klip jest wyrazem naprawdę ogromnej determinacji Honoraty. Imponuje mi niezmiernie, ile wysiłku i pracy ten dzieciak jest w stanie zainwestować w to, na czym jej zależy. Po 14godzinnej fotograficznej wędrówce po Rzymie, zakończonej połowiczną kąpielą w Di Trevi (niemal listopad! nic miłego!), gdzie do apartamentu szłyśmy już ze zmęczenia na czworakach (Włosi nie uznają sklepów nocnych ku pokrzepieniu serc? dziwny naród), a Grymuza wlokła za sobą D5 za pasek w zębach po rzymskim bruku; Honorata zapytała z miną pożyczoną od kota ze Shreka "zrobimy razem mój teledysk?". Tak się zaczęło, a potem było tylko gorzej :D.
Zazwyczaj wytwórnia zleca produkcje całego klipu jakimś rutyniarzom, a wokalistka po prostu wpada na plan ładnie powyglądać przez parę godzin, i oprócz megaistotnych kwestii jak kolor cieni do oczu, nie za bardzo ma na cokolwiek wpływ. Ale nie Honey w Sabotażu. Honorata sama wymyśliła część ujęć, które chciała mieć w teledysku, a zaproponowane przeze mnie uzgadniałyśmy wspólnie; sama zwerbowała ekipę w tym Zombie Boya, producentów; sama poustalała większość stylizacji (wykonanych specjalnie na potrzeby klipa), udzielała się przy wyszukiwaniu lokalizacji, szukała sponsorów... Oczywiście nie da się zrobić klipa w pojedynkę, pomoc wytwórnia okazała się nieodzowna i nieoceniona, H. dała sobie podeptać siedzenia w Alfie i jeździła z nami pół nocy po mieście w weekend!!! a PK. wchodził na gruszę "po zasięg" na zasłużonym urlopie na łonie natury, żeby odbierać służbowe telefony; ale Honorata dała z siebie więcej niż ktokolwiek mógł od niej wymagać. Ostatnie próby choreografii z udziałem Honey odbywały się w środku nocy, po jej całodniowej pracy nad morzem i podróży do Warszawy; a mimo to przed świtem Honorata przywitała nas na planie punktualna i uśmiechnięta.
Skoro wszyscy się tak napięli, to i my z Grymuzą (zdjęcia, montaż) musiałyśmy dać radę, chociaż milion rzeczy było nie tak jak lubimy (wstawać w weekend o 5 rano, dwa dni pod rząd i zapieprzać po kilkanaście godzin bez przerwy? malować do pracy własne gęby, żeby inni ludzie się za bardzo nie wystraszyli? powstrzymać ciepłe słowa, cisnące się na język, na widok mediów wpinkalających się na plan w połowie ujęcia, żeby zrobić foteczkę? i w ogóle, przez cały dzień, nie przeklinać głośno?????? pić niedobrą rozpuszczalną kawę z plastikowego kubka??? halo??????).
Mam wrażenie, że zachowanie tzw. "fasonu" tudzież samokontroli kosztowało mnie więcej niż Grymuzę czy Erill, bo one głównie musiały się nie upić (co rzecz jasna też nie jest proste, ale umówmy się - wykonalne); podczas gdy ja musiałam jeszcze nie wyrywać pędzla makijażystce i nie mogłam wyrzucić do śmieci niektórych stylizacji od profesjonalnych stylistek z stolicy.
Ale na szczęście, na planie nikomu nie podgryzłam gardła; a później, kiedy niechybnie doszłoby już do aktów fizycznej przemocy na etapie postprodukcji, koloryzacji i efektów specjalnych; przezornie uwagi przekazywano nam mailem i telefonicznie - więc technicznie nie było jak rozszarpać podwykonawców na strzępy.
Dla mnie to była wielka lekcja pokory, ale cieszę się, że do teledysku, będącego przecież wypadkową mocno odmiennych gustów, oczekiwań, umiejętności tak wielu osób zaangażowanych w jego powstanie, udało mi się przemycić fragmenty moich autorskich wizji :D.



Za powyższą stylówkę, przyniesioną przeze mnie na plan na spontanie "na wszelki wypadek" wielkie dzięki dla Agnieszki Światły i Ani Grabowskiej.

 "Sabotaż" zatem już w necie, pierwsze oceny i komentarze skrajne i bardzo emocjonalne, jak to w wieku "targeta" bywa... Równocześnie z polską została zmontowana również wersja angielska; być może ujrzy pewnego dnia światło dzienne, a jeżeli nam się nie "odwidzi" w ogóle, to - znając nasze tempo prac "pro arte" - za rok można spodziewać się wersji reżyserskiej :D.