środa, 18 listopada 2009

Wnętrze niczyje

We współpracy ze Studio Block podjęłam się zaprojektowania przykładowego wnętrza "ogólnego użytku" dla nowopowstających apartamentów dewelopera Lokum-Telnet. Temat jest o tyle ciekawy, że projektuję de facto bez klienta - co jest z pozoru ułatwieniem, ale w rzeczywistości ogromnie utrudnia pracę, polegającą przecież w dużej mierze na podejmowaniu decyzji projektowych.
Ilość kombinacji aranżacji wnętrza, rozwiązania funkcji itd. jest ogromna. Główne kryterium mało oryginalne - z pomieszczenia odpowiadającego wielkością swojskiemu dużemu pokojowi z mieszkania w bloku, należy wykreować przestrzeń living roomu odpowiedniego dla ponad stumetrowego dwupoziomowego apartamentu z kuchnią i jadalnią. Pikuś...

O dreszcz przyprawiają pozostałe, pozostające w domyśle "wytyczne" - ma być tak, jak nienawidzę, czyli nazywając rzeczy po imieniu bezpiecznie i bezpłciowo. Nowocześnie - ale tak; by nie zrazić tradycjonalistów, jeżeli to oni mieli by być potencjalnymi nabywcami. Musi powstać coś, co swoim układem spełni oczekiwania samotnego audiofila; ale może też wielodzietnej rodziny szukającej sielskiej przestrzeni mogącej służyć licznym zgromadzeniu przy rodzinnym stole. Należy pogodzić potencjalną nabywczynie będącą polską Nigelą Lawson, pichcącą od niechcenia na oczach znajomych i rodziny; z patriatrchalnym seniorem rodu, który kupując apartament zamierza kontemplować Ligę Mistrzów w nabożnym skupieniu, i co prawda do lodówki po piwo musi mieć blisko, ale niedopuszczalne jest aby mu coś kapało i skwierczało w trakcie oglądania.

Zaczynam się czuć jak detektyw wcielający w rolę seryjnego mordercy, aby przewidzieć jakim trybem on rozumuje. Gdzie będzie przechowywał brudne skarpetki, jaki ma zwyczaj wnosząc do domu siaty z zakupami, czy lubi kontrasty czy raczej monochromatyczne zestawienia, czy preferuje bogaty detal czy surowy minimalizm... Potencjalnym nabywcą jest każdy, starając się na moment spojrzeć na temat z jego perspektywy, zaczynam niebezpiecznie balansować na granicy DID (dissociative identity disorder). Dada dida dida dada.....
Na razie jest tak. Ale do ostatnie słowo jeszcze nie padło. Paradoksalnie, łatwiej mi rozrysować kuchnie pod wytyczne J., gdzie niemal policzalna jest nawet ilość filiżanek do zamknięcia w szafce.